Pilot, którego amerykańscy żołnierze najpierw nazwali szalonym, a potem, z łzami w oczach i mundurem poplamionym krwią i olejem, przytulili się jak własny brat. Nazywał się kapitan Mario Rodríguez López, ale dla niemal wszystkich, na bazie Clarkville Air Force Base na Filipinach, był po prostu Meksykaninem. Miał 28 lat, gdy w maju 1945 roku przybył na Pacyfik z eskadrą Meksykańskich Sił Powietrznych Ekspedycyjnych z 2011 roku. Był szczupły, z brązową skórą spaloną przez słońce Sinaloa, z ciemnymi oczami, które zdawały się nosić ciężar czegoś starszego niż sama wojna.
W kieszeni munduru nosiła złożone zdjęcie matki w Culiacán, stojącej przed domem z adobe, na których wspinały się bugenwille. Na odwrocie, drżącym pismem, napisała: "Wróć, synu. Meksyk na ciebie czeka." Ale Mario wiedział, że powrót nie jest tak prosty, jak wsiąść do samolotu i polecieć na południe. Najpierw musiał coś udowodnić Amerykanom, swoim kolegom z drużyny, sobie. Historia o tym, jak Mario znalazł się na Pacyfiku, zaczęła się dwa lata wcześniej, gdy Meksyk wypowiedział wojnę Osi, po tym jak niemieckie okręty podwodne zatopiły meksykańskie tankowce Potrero del Llano i Faja de Oro w Zatoce Meksykańskiej.
Wiadomości spadły jak bomba w całym kraju. Meksyk, który przez tak długi czas pozostawał neutralny, ostatecznie wszedł do konfliktu, a wraz z tym wejściem powstała Eskadra 2011, jednostka pilotów myśliwskich, którzy mieli być szkoleni w Stanach Zjednoczonych, a następnie dołączyć do sił alianckich na teatrze działań na Pacyfiku. Mario, który marzył o lataniu od dziecka i widział dwupłatowce przelatujące po niebie podczas targów w Culiacán, zgłosił się na ochotnika bez wahania.
Jego ojciec, weteran rewolucji, patrzył na niego z mieszanką dumy i przerażenia. "Gringos sprawią, że będziesz gorszy, mój synu," powiedział mu. "Idź, ale pokaż im, z czego my, Meksykanie, jesteśmy zrobieni." Szkolenie w Stanach Zjednoczonych było brutalne, najpierw na Majors Field w Greenville w Teksasie, potem w Pocatelo w Idaho, a ostatecznie na lotnisku Randolf's Army Airfield w San Antonio. Amerykańscy instruktorzy byli surowi, wymagający, a niektórzy otwarcie lekceważący. Mario doskonale pamiętał, jak pierwszy raz instruktor nazwał go tym Meksykaninem, jakby to była zniewaga, jakby bycie Meksykaninem oznaczało bycie mniej zdolnym, mniej odważnym, mniej godnym latania P47 Thunderbolt.
Na bazach byli inni Latynosi, wielu z nich to Meksykanie-Amerykanie służący w armii USA. A Mario widział w ich oczach tę samą wewnętrzną walkę, dumę z korzeni zmieszaną z ciągłą potrzebą udowadniania, że należą do miejsca, że są tak samo Amerykaninem jak każdy gringo z Ayowa czy Nebraski. Ale Mario i jego koledzy z Squadron 2011 byli inni. Nie byli tam, by zostać Amerykanami. Nosili mundury Meksykańskich Sił Powietrznych. Codziennie rano przed treningiem śpiewali hymn narodowy Meksyku.
I choć latali amerykańskimi samolotami i wykonywali rozkazy amerykańskich dowódców, każdy z nich wiedział, że reprezentują coś większego – godność kraju, który był zbyt wiele razy najechany, umniejszany i niedoceniany w swojej historii. To była jego szansa, by napisać inny rozdział. Noce w koszarach były najtrudniejsze. Mario nie zasnął, słuchając zimnego wiatru Aidaho uderzającego o okna, tak różnego od ciepłego i wilgotnego powietrza Sinaloa. Ich rówieśnicy cicho rozmawiali o swoich rodzinach, o pannawach, które zostawili, o tym, czy naprawdę są przygotowani na to, co ich czeka.
Niektórzy słyszeli historie o walkach na Pacyfiku, japońskie koszule rzucane w alianckie statki niczym ludzkie meteoryty. Powietrzne bitwy, gdzie sekunda rozproszenia oznaczała śmierć. nieprzeniknione dżungle Filipin, gdzie wojna toczyła się nie tylko z wrogiem, ale także z upałem, chorobami i szaleństwem bycia tak daleko od domu. Mario palił amerykańskie papierosy, których nie lubił, i patrzył na zdjęcie matki, aż zmęczyły go oczy.
Zastanawiał się, czy potrafi wyczuć przez tysiące mil dzielących go strach, którego nigdy nie przyzna się na głos. Podróż na Pacyfik była długa i wyczerpująca. Najpierw wejdź do San Francisco, potem przez tygodnie łodzią przemierzając ocean, który zdawał się nie mieć końca. Mario i pozostałych 32 pilotów eskadry z 2011 roku spędzili godziny na grze w karty. pisząc listy, które mogą nigdy nie dotrzeć do celu, i starając się nie myśleć o japońskich okrętach podwodnych się pod falami.
Gdy w końcu dotarli do Manili w kwietniu 1945 roku, miasto zostało zniszczone. Kolonialne hiszpańskie budynki, niegdyś miały być piękne, teraz były szkieletami betonu i gruzu. Powietrze pachniało śmiercią i tropikalną wilgocią, a w twarzach amerykańskich żołnierzy, którzy już od miesięcy czy lat walczyli na Pacyfiku, Mario dostrzegł coś, co przeszyło go do kości – nieobecność, jakby część ich dusz została pogrzebana na jakiejś krwawej plaży lub piekielnej dżungli.
La base aérea de Clarkfield estaba al norte de Manila y fue ahí donde el escuadrón 2011 se integró oficialmente a las operaciones del We Fighter Command de la Quinta Fuerza Aérea de Estados Unidos. Los pilotos mexicanos fueron asignados a volar misiones de apoyo terrestre sobre Luzón y Formosa, atacando posiciones japonesas, con boyes enemigos y fortificaciones ocultas en las montañas. Les dieron P47 Thunderbolts, bestias de metal capaces de soportar un castigo increíble y regresar a casa. Mario tocó el fuselaje de su avión asignado con reverencia la primera vez que lo vio.
Alguien ya había pintado un pequeño águila mexicana cerca de la cabina junto a las estrellas americanas. Era un recordatorio silencioso de que aunque estuvieran bajo comando americano, nunca dejarían de ser mexicanos. Pero la integración no fue fácil. Los pilotos americanos, muchos de ellos veteranos con decenas de misiones a sus espaldas, miraban a los recién llegados mexicanos con escepticismo apenas disimulado. En el comedor, Mario escuchaba los murmullos, las bromas en voz baja. “¿Ustedes creen que estos tipos realmente sepan volar?”, decía uno.
“Eh, probablemente necesiten una siesta en medio de la misión”, respondía otro entre risas. Mario apretaba los puños bajo la mesa y respiraba hondo. Su padre le había enseñado que la mejor respuesta a los insultos no eran las palabras, sino las acciones. Y Mario estaba decidido a demostrar que los pilotos mexicanos no le tenían miedo a nada. La primera misión real llegó a principios de junio. Era un ataque de bombardeo y ametrallamiento contra posiciones japonesas en las montañas del norte de Luzón.
Mario sintió como su corazón latía tan fuerte que pensó que los demás podrían escucharlo mientras caminaba hacia su P47. El sol tropical ya estaba alto y el calor era sofocante. Se puso el casco, ajustó las correas de su arnés y revisó los instrumentos con manos que temblaban apenas perceptiblemente. El mayor que lideraba la formación, un americano de Alabama llamado Patterson, dio las últimas instrucciones por radio. mantenerse en formación, seguir las órdenes, no hacer nada heroico ni estúpido.
Mario asintió, aunque nadie podía verlo. Encendió los motores del Thunderbolt y el rugido lo envolvió como un abrazo familiar. Este era el momento para el que había entrenado durante 2 años. Este era el momento para el que México lo había enviado. La formación despegó en orden perfecto, una fila de máquinas de guerra subiendo hacia el cielo azul del Pacífico. Mario sentía la adrenalina quemando en sus venas mientras ganaban altitud. Abajo, la selva se extendía como un tapete verde infinito, atravesado por ríos que brillaban como serpientes de plata bajo el sol.
era hermoso y aterrador al mismo tiempo. Y entonces, cuando cruzaron hacia territorio donde las fuerzas japonesas todavía resistían, el cielo se llenó de trazadoras antiaéreas. Explosiones negras florecían alrededor de los aviones como flores venenosas. La voz de Patterson gritaba órdenes por la radio, pero Mario apenas podía escuchar sobre el ruido de su propio corazón y el rugido del motor. Vio el objetivo, una serie de búnkeres japoneses escondidos entre los árboles empujó la palanca hacia adelante y comenzó la picada.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
