Idealne popołudnie
Późnopopołudniowe słońce zalewało ogród Chloe i Marka, malując imprezę delikatnym złotem. Pastelowe balony kołysały się na delikatnym wietrze, a długi stół był zastawiony babeczkami i kanapkami, które wyglądały niemal zbyt idealnie, by je zjeść. Przyjaciele i rodzina zebrali się na trawniku, a ich śmiech był ciepły i radosny.
Zapowiadało się, że to będzie idealny baby shower.
Ale pod tą ładną powierzchnią tliło się napięcie. Jego źródłem była Diane, matka Marka.
Jastrząb w ogrodzie
Diane pojawiła się w kremowym garniturze, sztywnym i ostrym na tle pastelowego otoczenia. Nie wyglądała jak gość na radosnym przyjęciu – wyglądała jak sędzia, przedzierająca się przez tłum przenikliwym wzrokiem.
Chloe, promieniejąca w białej sukience letniej, poruszała się z gracją, jednocześnie ukrywając zmęczenie. Latami znosiła komentarze Diane: cięte „komplementy”, ciągłe przypominanie o byłej dziewczynie Marka, Sophii, drobne uszczypliwości pod adresem kariery Chloe.
„Dom wygląda… czysto, Chloe” – zauważyła Diane, muskając palcem nieskazitelny parapet. „To imponujące, biorąc pod uwagę tak skromną przestrzeń”.
Mark zawsze jej bronił. „Ona jest po prostu staromodna” – szeptał. „Nie przejmuj się tym”.
Ale Chloe wiedziała lepiej.
Prezent z sznurkami
Rozmowy stały się głośniejsze, gdy pojawił się dostawca z ogromnym koszem prezentowym owiniętym w lśniące złoto. Kosz był po brzegi wypełniony designerskimi ubrankami dla dzieci i srebrną grzechotką. Kartka była podpisana przez Sophię, dawną sympatię Marka z liceum.
Oczy Diane rozbłysły. „Patrzcie wszyscy!” zawołała. „Od Sophii! Taka troskliwa dziewczyna, zawsze taka hojna. Ma taki wykwintny gust. Prawdziwa klasa sama w sobie”.
Znaczenie było jasne: Sophia była wszystkim, czym Chloe nie była.
Uśmiech Chloe nie zgasł, ale jej dłoń musnęła torebkę u boku. W środku znajdowała się zaklejona koperta manilowa. Zatrudniła prywatnego detektywa. Miała dowód. Czekała na odpowiedni moment.
